Strona główna Blog Strona 16

FAJNY NATURALNY PODKŁAD / PITERAQ BLUE LAGOON

0

O ile większość moich produktów do pielęgnacji twarzy to kosmetyki naturalne, o tyle z naturalnym makijażem nigdy nie było mi po drodze. Kilka lat temu kupiłam trochę takich produktów, ale nie działały na moją skórę – podkład nie trzymał się nawet godziny, cienie, brązer i róż nie miały ani trochę pigmentu a maskara sprawiała jedynie, że rzęsy były czarne. Ja lubię makijaż i przede wszystkim chcę, żeby był trwały i łatwy w wykonaniu, więc testy tamtych produktów mnie mocno zniechęciły. Wtedy na rynku było zaledwie kilka marek produkujących takie kosmetyki, teraz gdy stały się dość popularne rośnie konkurencja między firmami i, co najważniejsze, jakość naturalnych produktów do makijażu. 

Mimo, że w ostatnich latach jakość naturalnej kolorówki się znacznie poprawiła i powoli się przekonuję do takich kosmetyków, te produkty nie mają cech wielu rzeczy makijażowych marek drogeryjnych, profesjonalnych bądź perfumeryjnych. Nie ma w nich syntetycznych składników zapewniających wodoodporność i długotrwałość kosmetyków lub silikonów, dzięki którym gładko i bezproblemowo się rozprowadzają. Z drugiej strony naturalne produkty do makijażu mają wiele składników pielęgnujących skórę, a podkłady mineralne mogą być pomocne w walce z trądzikiem. Wydaje mi się, że w przypadku takich kosmetyków warto mieć realne oczekiwania.
Po tym przydługim wstępie przyszedł czas na najważniejszą część wpisu, czyli opowieść o mojej przygodzie z podkładem Blue Lagoon z Piteraq. Słowa „przygoda” użyłam celowo, ponieważ bardzo długo uczyłam się nakładać ten podkład 😉 

Zacznijmy od kilku słów o marce Piteraq bo jest ona stosunkowo nowa na polskim rynku. Jest to firma włoska produkująca naturalne kosmetyki do makijażu. Wszystkie mają wegańskie składy a firma nie ma powiązań z testami na zwierzętach (sprawdzone przez Kasię PinkMinkStudio).

Blue Lagoon

Fluid Blue Lagoon występuje w dwóch wersjach – do skóry tłustej i suchej. Ja mam tę pierwszą. W obu wariantach mamy wybór 6 odcieni. Mój kolor to 37 E, czyli drugi odcień w gamie. Ma on żółte tony. Niestety jest dla mnie troszeczkę za ciemny więc dodaję do niego kropelkę białego mixera Catrice.

Aplikacja podkładu

Tutaj miałam największy problem. Z racji tego, że był on nowością na polskim rynku, nie znalazłam żadnych tutoriali. Niestety w języku angielskim też. Dziewczyny z Włoch pewnie już dawno temu rozgryzły najlepszy sposób nakładania, ale ja nie znam włoskiego 😉
Z przyzwyczajenia zaczęłam testy od nakładania go wilgotną gąbką z Real Techniques. Efekt był tragiczny – nie potrafiłam uzyskać jednolitej, gładkiej warstwy na skórze. Żeby całość „jakoś” wyglądała musiałam nałożyć bardzo dużo kosmetyku, a z powodu tak grubej warstwy szybko spłynął z twarzy i wyglądał bardzo nieestetycznie. Używam tych gąbek od lat i jest to pierwszy podkład, którym nie dała sobie rady. 
Kolejno zaczęłam próbować z pędzlami – też każdy poległ. Języczkowy zrobił okropne smugi i nie dało się nałożyć podkładu bez plam, z flat topem poszło trochę lepiej, ale to też nie był efekt jakiego oczekuję. Znów warstwa była za gruba i niejednolita. 
Już myślałam, że się poddam i zjadę ten podkład, nadam mu tytuł najgorszego fluidu, jakiego używałam w życiu, ale postanowiłam jeszcze sprawdzić go metodą, za którą nie przepadam, czyli aplikacji palcami. TO BYŁ STRZAŁ W DZIESIĄTKĘ! 

Konsystencja

Podkład Blue Lagoon ma bardzo gęstą i zbitą konsystencję. Właśnie z tego powodu najlepiej się go nakłada dłońmi. Dzięki lekkiemu rozgrzaniu między palcami, podkład „rozpuszcza się” i jego konsystencja staje się bardziej płynna.

Krycie

W mojej opinii działa jedynie nakładanie palcami i wypowiem się o kryciu tylko po aplikacji tą metodą 😉 Jedna cienka warstwa wyrównuje koloryt skóry. Ja zwykle nakładam jeszcze drugą na miejsca, które pod wpływem wysokiej temperatury lub stresu mi się czerwienią czyli policzki i okolice nosa. Dwoma cienkimi warstwami można osiągnąć średnie krycie. Takie mi teraz wystarcza bo ostatnio nie mam raczej problemów z cerą. 

Trwałość

Teraz mamy takie upały, że nic nie wytrzymuje długo na skórze, ale w powiedzmy „normalnych” warunkach ten podkład spokojnie utrzymuje się na mojej mieszanej, ale dość mocno przetłuszczającej się cerze 8-9 godzin, więc bez problemu noszę go do pracy. Ściera się z twarzy w ładny sposób, delikatnie i jednolicie. 
Mimo, że podkład jest przeznaczony dla cery tłustej, nie zauważyłam dużego zmatowienia skóry. Bez pudru wygląda ona zdrowo, ale ja dodatkowo utrwalam i matuję każdy podkład.
Raczej nie jest to kosmetyk, który bym nałożyła na całonocną imprezę, wesele itp, ale w zwyczajnym życiu sprawdza się fajnie. 
Warto jeszcze dodać, że wśród wszystkich moich pudrów najlepiej utrwala go ryżowy Fixer z Ecocera. 
Jak widać, pomimo przygód, polubiłam naturalny podkład Blue Lagoon dla cery tłustej od marki Piteraq. Od kilku tygodni noszę go prawie codziennie! Dodam jeszcze, że nie zauważyłam, żeby zapchał mi pory, nie uczulił mnie i nie spowodował żadnych nieprzyjemnych reakcji na skórze.
Testowaliście już jakieś kosmetyki Piteraq? Jak wrażenia?
Miłego dnia!
Ewa

WEGAŃSKIE KOSMETYKI ALKEMIE / MOMME / BABY ECOLOGICA

Cześć!

Mam dzisiaj dla Was bardzo dobrą wiadomość! 

Firma Alkemie oraz jej marki, czyli Momme i Baby Ecologica spełniają moje wymagania nietestowania na zwierzętach czyli:
  1. Nietestowanie gotowych kosmetyków na zwierzętach na żadnym etapie produkcji;
  2. Niezlecanie testów na zwierzętach innym podmiotom;
  3. Nietestowanie na zwierzętach składników produktów i niezlecanie takich testów;
  4. Sprawdzanie całościowej polityki
    dostawców surowców i posiadanie oświadczeń potwierdzających, że nie
    przeprowadzają oni żadnych testów na zwierzętach i nie zlecają żadnych
    testów na zwierzętach;
  5. Nieobecność na rynku chińskim (z wyjątkiem Hongkongu);
  6. Brak powiązań z firmami, które nie spełniają powyższych kryteriów 
Jedynymi składnikami odzwierzęcymi używanymi w tych kosmetykach na dzień dzisiejszy są wosk pszczeli i lanolina.

ALKEMIE:



BABY ECOLOGICA:

MOMME:

Łagodny żel 2 w 1
Delikatne mleczko pielęgnacyjne
Odżywcza śmietanka do kąpieli
Aksamitna oliwka pielęgnacyjna
Kojący krem na pupę
Magiczny olejek pielęgnacyjny
Ziołowe masełko pielęgnacyjne
Zimowy krem do zadań specjalnych
Ochronny parasol od słonka SPF 50
Ujędrniające serum do biustu
Intensywna kuracja przeciw rozstępom
Specjalistyczny olejek przeciw rozstępom
Delikatny żel do mycia ciała i higieny intymnej

Który z tych kosmetyków ciekawi Was najbardziej?

Muszę przyznać, że wiele z nich mnie kusi 🙂

Miłego dnia!

Ewa

*To
nie jest wpis sponsorowany, ale zawarte są w nim linki afiliacyjne.
Oznacza to, że jeśli kupisz coś po kliknięciu w podany odnośnik, dostanę
z tego tytułu niewielką prowizję. Cena produktów nie ulegnie zmianie.
 

KOBO PROFESSIONAL – WEGAŃSKA LISTA 2018

Wiem, że już od jakiegoś czasu pisałam Wam, że przygotuję listę wegańskich kosmetyków Kobo Professional, ale oni mają tak dużo produktów ze zwykle długimi składami (przy okazji dodam, że wiele ich składów na stronie ma literówki, co znacznie przedłużało proces), że niezbyt miałam czas, żeby poświęcić trzy prawie całe dni na ich sprawdzanie.
Teraz miałam kilka dni urlopu, więc był to idealny czas na siedzenie w INCI 😉
We wpisie o nietestowaniu na zwierzętach przez Hean (producenta Kobo Professional) wypisałam Wam podane przez firmę składniki odzwierzęce. Jak zwykle okazało się, że nie są to wszystkie niewegańskie surowce znajdujące się w produktach. Nie jest to spowodowane złą wolą marek kosmetycznych. Ja się później dopytuję, bo doskonale rozumiem, że jeśli firma ma ogromny asortyment i nie nastawia się przede wszystkim na wegańskich klientów, nie zwraca uwagi na każdy składnik. 
Nie sprawdziłam jeszcze wszystkich składów kosmetyków Hean, ale w ofercie Kobo znalazłam dodatkowo Quaternium-18 Hectorite – jest to najprościej mówiąc mieszanka czwartorzędowych soli amonowych z łojem i glinką mineralną. Substancja ta jest odpowiedzialna za lepkość kosmetyków, ułatwia ich rozprowadzanie. Można ją znaleźć w podkładach, korektorach i wielu innych emulsyjnych bądź żelowych produktach .
TWARZ:
OCZY:
USTA:
  • Matte Lips:
    • 401 Madleine
    • 404 Monaco
    • 405 Nicea
    • 406 Croix
    • 407 Naked Stone
    • 410 Lila Rouge
    • 411 Vintage
    • 418 Red Euphoria
    • 419 Hipnotic Violet
    • 420 Innocent Nude
  • Brilliant Lipstick:
    • 601 Beautiful
    • 602 Addictive
    • 603 Immoral
    • 604 Temping
    • 605 Pleasant
    • 606 Intriguing
    • 607 Subtile
    • 608 Innocent
PAZNOKCIE:
Równiutko 150 produktów 🙂 
Miłego dnia!
Ewa

WAKACYJNA KOSMETYCZKA


Bardzo wiele osób na w instagramowej ankiecie zagłosowało za takim wpisem więc jest!
To nie jest kosmetyczka, którą bym wzięła na wczasy w tropikach. Byłam na zwykłej polskiej wsi i powiem Wam, że było super 🙂 Chciałam zrobić ładne zdjęcia produktów na łące, ale deszcz padał przez cztery na pięć dni wyjazdu więc się nie udało. Mimo pogody było wspaniale. Brakowało mi chodzenia po polach, spacerów w lesie i przebywania na podwórku przez większość dnia.
Od razu Wam powiem, że części z tych rzeczy nie użyłam. No cóż, lubię być przygotowana na różne okoliczności. Może zachciałoby mi się akurat zrobić pełny makijaż 😉 Z pielęgnacji wzięłam więcej produktów, ponieważ moja cera niestety bardzo źle reaguje na zmianę wody a nie chciałam zaprzepaścić efektów jakie ostatnio osiągnęłam. Dzięki temu, że mimo wakacji nie pomijałam moich standardowych kroków w pielęgnacji, wróciłam ze skórą w tylko trochę gorszym stanie.

Zacznijmy od kosmetyków do makijażu. Wzięłam dwa podkłady. W sumie nie wiem po co bo używałam tyko jednego, ale w czasie pakowania nie mogłam się zdecydować. Zarówno Matte Active z Pierre Rene, jak i Blue Lagoon z Piteraq są w lekkich plastikowych tubkach oraz są już prawie puste toteż nie dociążały zbytnio bagażu.
Kocham Matte Active, tutaj możecie przeczytać jego pełną recenzję, kończę już drugie opakowanie, ale ani razu go nie użyłam. Tak wyszło. Moja cera jest w najlepszym stanie od lat zatem nawet jego średnie krycie nie jest mi potrzebne. Poza tym od kiedy kilka tygodni temu w końcu wykombinowałam w jaki sposób nakładać fluid Piteraq, używam go cały czas. Jest to bardzo dobry podkład z naturalnym składem, ale jego konsystencja i zachowanie na skórze mocno różni się od kosmetyków drogeryjnych. Za niedługo napiszę jego recenzję, w której postaram się Wam wszystko wyjaśnić.
Wzięłam również kropelki rozjaśniające Make Up Transformer Drops marki Catrice dlatego, że oba podkłady są dla mnie troszeczkę za ciemne .
Zabrałam ze sobą jeden korektor aby używać go i pod oczy i na ewentualne wypryski. Jest to #InstaReady Full Coverage Concealer  marki Physician’s Formula. Świetnie kryje, ma formułę lekko zastygającą i
długotrwałą. Bardzo go lubię, szczególnie dlatego, że nie schodzi mi z
twarzy przez wiele godzin. W mojej opinii nadaje się pod oczy, bo mimo formuły long-wearing i dużego pigmentu, nie przesusza zbytnio skóry (oczywiście przy używaniu dobrego kremu pod oczy). Z zakryciem wyprysków również radzi sobie bardzo dobrze. Dodatkowo ma bardzo higieniczne opakowanie!

Jak zawsze zabrałam dwa pudry – przesypany do mini opakowania Ben Nye Fair, bo jest najlepszym utrwalaczem korektora pod oczami oraz moje nowe odkrycie, czyli Fixer marki Ecocera. Ten puder ryżowy jest chyba najbardziej matującym pudrem jakiego w życiu używałam. Przy okazji rewelacyjnie utrwala makijaż. Wiem, że teraz modny jest efekt „glow”, ale nie oszukujmy się. Jeśli cera ma tendencje do mocnego przetłuszczania się, to w temperaturze 30 stopni po godzinie ten błysk zacznie się pojawiać 😉 
Do makijażu twarzy zabrałam jeszcze brązer Face’n’Body Bronzing Powder z MySecret. Jego odcień nie jest dla mnie ani za ciepły, ani za chłodny, więc pasuje do różnych makijaży. Ma też satynowe wykończenie, które ostatnio bardzo mi się podoba. Z mojej kolekcji (aż trzech!) różów do policzków wybrałam Colourpop Super Shock Cheek w odcieniu Cruel Intentions. Ma on charakterystyczną dla tej marki, ciężką do opisania, kremowo-pudrową konsystencję. Wzięłam go bo można go bez problemu nałożyć gąbką lub palcami. 
Do makijażu brwi zabrałam jeden z najgorszych produktów, jakie ostatnio kupiłam. Pomada Lock o Liner and Brow Cream marki E.L.F. Cosmetics w kolorze Light Brown. Niestety ta pomada jest bardzo gęsta i sucha więc ciężko nałożyć ją w małej ilości na brwi. Rozcieńczam ją kropelkami z Pierre Rene i daje się ją używać, lecz sam produkt w mojej opinii wypada słabo. Kasia z PinkMinkStudio pisała mi, że inne odcienie mają „normalną” konsystencję i są fajne, wiec być może jedynie ten im nie wyszedł.
Oczywiście wzięłam ze sobą moją ukochaną maskarę Glam&Doll z Catrice 😉 Nie zliczę nawet ile razy ją Wam polecałam, ale powtórzę – na moich rzęsach jest trwała, idealnie je rozdziela, podkręca i wydłuża. Robi wszystko, czego oczekuje od tuszu do rzęs. 
Ani razu nie użyłam ani bazy pod cienie Wet’n’Wild Photofocus, ani paletki Gemini By Night z Colourpop (swatche i recenzja jest TUTAJ), ani eyelinera Kat Von D. Pewnie gdybym ich nie wzięła, nagle naszłaby mnie ogromna ochota na zrobienie makijażu oczu. 
Do kosmetyczki włożyłam jeszcze 5 pędzli Real Techniques, którymi bez problemu mogłabym zrobić każdy makijaż (Powder Brush, Multitask Face Brush, Multitask Eye Brush, Base Shadow Brush i Eyeliner Brush) oraz pomarańczową gąbkę tej samej marki.

To teraz pielęgnacja 🙂
Nie wspominałam jeszcze, że nie mam auta, ba, dopiero zaczęłam kurs na prawo jazdy, więc na urlop jechałam transportem publicznym. Dwoma autobusami i dwoma pociągami. Z tego powodu starałam się do minimum ograniczyć wagę bagażu. Niby jechałam do miejsca, gdzie bez problemu mogłam skorzystać z czyjegoś szamponu, odżywki bądź żelu pod prysznic, lecz jak już wyżej pisałam, moja skóra po zmianie wody zwykle wariuje, zatem wolałam używać sprawdzonych kosmetyków. 

Do mycia ciała i włosów wzięłam znany chyba wszystkim płyn do higieny intymnej Facelle Sensitive. Do ciała sprawdza się świetnie, moja skóra głowy jest nadwrażliwa, ale 2-3 razy pod rząd mogę umyć nim włosy i nic złego się nie dzieje. Miałam wszystkie wersje żeli Facelle, wersja Sensitive jest w mojej opinii najbardziej delikatna i uniwersalna.
Zamiast balsamu do ciała wzięłam mój ukochany krem, który zawsze ratuje moją skórę, czyli Miya myWONDERBALM Call Me Later. Ma bardzo emolientowy skład więc świetnie natłuszcza skórę, zawiera też nawilżającą glicerynę. Zabrałam ten krem również jako ratunkowy kosmetyk do twarzy. Jest bardzo uniwersalny i nie wyobrażałam sobie wyjazdu bez niego!
Moim kremem na dzień i filtrem jednocześnie jest niezmiennie od ponad roku Kiss My Face Face Factor SPF30. Zużyłam już z dziesięć opakować i lecą do mnie kolejne dwa. To jest miłość! Ten filtr ma wystarczające na dzień właściwości pielęgnujące. Na wyjeździe służył mi również jako filtr do ciała. Choć zwykle na całe ciało stosuję kremy z filtrami mineralnymi bo na ciele nie mam obaw, że zniszczę makijażem właściwości chroniące przed słońcem, ale nie chciałam brać dużej butelki. Pełną recenzję produktu Kiss My Face możecie przeczytać TUTAJ

Z kremem na noc trochę zaryzykowałam bo wzięłam Naffi z Iossi,
który zaczęłam używać tydzień przed wyjazdem. Dwa tygodnie stosowania
to oczywiście za krótko, żeby wyrazić opinię o kremie. Na razie mogę
powiedzieć tylko tyle, że jest bardzo wydajny. Kupiłam małe opakowanie
(15 ml) i ubytek produktu po 2 tygodniach jest niewielki.
Oczywiście na urlop zabrałam mój ulubiony krem pod oczy na dzień, czyli bio krem pod oczy z witaminą E i ekstraktem z ogórka z firmy Make Me Bio. Używam go od miesięcy. Świetnie nawilża skórę i przygotowuje ją na nałożenie korektora. Na noc jest dla mnie trochę za mało odżywczy. Z tego powodu zabrałam maseczkę pod oczy z Isany. W domu na noc używam kremu Mokosh, ale nie chciałam go zabierać bo byłabym bardzo zła, gdyby mi się zbiło szklane opakowanie. Nie jest tani a mam 80% produktu więc strata byłaby spora. A maskę Isany lubię. Jest to kosmetyk odżywczy i nawilżający, zawsze zabieram go na wyjazdy. Opakowanie jest podzielone na 4 części po 1,5 ml – jedna spokojnie wystarczyła mi na 5 dni używania.

Nie będę Wam dokładnie opisywać produktów, które wzięłam do demakijażu i oczyszczania skóry, ponieważ wpis z dokładnymi informacjami o nich pojawi się za tydzień. Zdradzę tylko, że zabrałam moich ulubieńców: płyn micelarny Isana, domową mieszankę olejów i maseł oraz żel z Aubrey Organics – świetne trio!
Oczywiście zabrałam też antyperspirant – tym razem był to Motion Protect z Isana. Nie jest najlepszy, ale jak nie ma dużych upałów daje radę 🙂
Miałam w domu kilka próbek różnych glinek, które zabrałam „w razie czego”. Nawet najprostsza maseczka, czyli glinka+woda potrafi pomóc. Wykorzystałam jedną paczuszkę z zieloną glinką Ilite, która zaleczyła kilka wyprysków, które zaczęły mi wychodzić. 

A Wy co zabieracie na urlop? Jedziecie gdzieś w tym roku?

Jak zawsze życzę Wam miłego dnia i udanych wakacji!

Ewa

WEGAŃSKIE PUDRY – LISTA 2018

Aktualizacja listy pojawi się w 2021 roku

AKTUALIZACJA FIRM CRUELTY FREE / KWIECIEŃ 2018

Cześć!
W dzisiejszej aktualizacji firm cruelty free znajdziecie jedynie efekty mojej korespondencji z markami. Podzieliłam ją na dwie kategorie – firmy nietestujące na zwierzętach oraz firmy, które nie spełniają moich wymogów.
Czego wymagam od firm?
  1. Nietestowania gotowych kosmetyków na zwierzętach na żadnym etapie produkcji;
  2. Niezlecania testów na zwierzętach innym podmiotom;
  3. Nietestowania na zwierzętach składników produktów i niezlecania takich testów;
  4. Sprawdzania całościowej polityki dostawców surowców i posiadania oświadczeń potwierdzających, że nie przeprowadzają oni żadnych testów na zwierzętach i nie zlecają żadnych testów na zwierzętach;
  5. Nieobecności na rynku chińskim (z wyjątkiem Hongkongu);
  6. Braku powiązań z firmami, które nie spełniają powyższych kryteriów
Zanim przejdziemy do listy, chciałabym poruszyć jeden temat 🙂 W marcu prowadziłam bardzo intensywną korespondencje z firmami kosmetycznymi i jak zobaczycie, kilka marek „od zawsze cruelty free” mnie bardzo zawiodło. 
Wszyscy bazujemy na informacjach zdobywanych przez lata, i niestety od kilku lat nieuaktualnianych. Oczywiście, jeśli jakaś firma zaczyna mieć coś wspólnego np. z Chinami lub testującymi koncernami, od razu ją skreślamy, ale są też marki, które na przykład zmieniają podejście do sprawdzania dostawców. Tę informację jestem w stanie uzyskać jedynie podczas korespondencji mailowej, więc nie wiem, co robić z firmami, które są „od zawsze CF” a od miesięcy nie odpisują na moje maile… 
W ostatnich tygodniach powysyłałam i ponowiłam (czasami po raz trzeci lub czwarty) takie maile i nadal cisza. Niezbyt mi się to podoba. I chyba nie czuję się komfortowo z dalszym polecaniem ich na blogu. Dajcie mi znać, co o tym sądzicie 🙂
– Ajeden
– Auna
– Asoa
– Babo
– Bandi
– Basel Olten Pharm (Evree, Mincer Pharma, Buna, Neuronica, Solvea, Aeternum)
– Bioetiq
– Bioline
– Cares Body
– Chic Chiq
– Clochee
– Cosmeceuticum (Polny Warkocz, Oleum Magnesium)
– Dr Duda
– Ecocera
– Ecolore
– Ecospa
– Fridge
– Hean (Kobo)
– India Cosmetics
– Jan Barba
– Ministerstwo Dobrego Mydła
– Mokosh
– Natu Handmade
– NaturalME
– Neauty
– o!figa
– Organic Series
– Orientana
– Pierre Rene (Miyo, My Secret)
– Resibo
– Rhea
– Senkara
– Soap Deli
– Willow Organics
– Vipera
– Your Natural Side

Firmy, które nie spełniają moich wymagań:

Annabelle Minerals (składniki/dostawcy)
Ava
(składniki/dostawcy)

Cherry Soap
(nie dostałam konkretnej odpowiedzi na żadne pytanie, prosiłam o doprecyzowanie, ale nie dostałam odpowiedzi)

Esotiq&Henderson
(składniki/dostawcy)

Fitomed
(składniki/dostawcy)

Koi Cosmetics

(składniki/dostawcy)

Hagi
(składniki/dostawcy)

Manufaktura MEWA

(składniki/dostawcy)

Mieszadełko
(składniki/dostawcy)

Senelle
(składniki/dostawcy)

Scandia Cosmetics
(składniki/dostawcy)

Smart Girls Get More
(nie dostałam konkretnej odpowiedzi na żadne pytanie, prosiłam o doprecyzowanie, ale nie dostałam odpowiedzi)

Svoje
(składniki/dostawcy)

White Flower
(składniki/dostawcy)

Yope (nie dostałam konkretnej odpowiedzi na żadne pytanie, prosiłam o doprecyzowanie, ale nie dostałam odpowiedzi) – NOWE INFORMACJE O FIRMIE ZNAJDZIECIE TUTAJ

Umieszczenie danej marki w kategorii „Firmy, które spełniają moje wymagania” oznacza, że firma oświadczyła, że
spełnia wszystkie sześć ustalonych przeze mnie wymogów. 


Marki z
kategorii
„firm, które nie
spełniają moich wymagań” ODPISAŁY NA MOJE MAILE, ale albo ich odpowiedzi
świadczą o niespełnianiu wszystkich przedstawionych wyżej wymagań, albo ich
odpowiedzi były nieprecyzyjne i nie odnosiły się do zadanych pytań. Moje
prośby o uściślenie odpowiedzi na pytania potwierdzały, że te firmy nie
moich spełniają wymagań lub pozostały bez odpowiedzi. 
Oczywiście nie oznacza to, że którakolwiek z nich przeprowadza samodzielnie bądź zleca testy na zwierzętach gotowych produktów bądź składników. Po prostu nie spełniają któregoś z 6 wyżej przedstawionych wymagań.Firm, które całkowicie zignorowały maile w tym wpisie nie ma

Jak widać, trochę się zmieniło i czeka mnie aktualizacja większości list na blogu 🙂 Zajmę się tym wkrótce.

Miłego dnia!
Ewa 

CZY L\’BIOTICA / BIOVAX TESTUJE NA ZWIERZĘTACH?

Czy L’biotica testuje kosmetyki na zwierzętach? Próbowałam się tego dowiedzieć od jakiegoś czasu i wreszcie kilka tygodni temu firma nawiązała ze mną kontakt. Bardzo się cieszę z tego powodu!

L’biotica to polska firma, która od ponad 10 lat zajmuje się produkcją kosmetyków do włosów, twarzy i ciała. Na pewno kojarzycie ich linię Biovax 🙂 

Zgodnie z moimi standardami L’biotica JEST MARKĄ CRUELTY FREE! 
Samodzielnie nie przeprowadzają żadnych testów na zwierzętach, nie zlecają ich innym podmiotom, ich dostawcy i partnerzy również nie testują na zwierzętach i nie zlecają testów. Firma nie eksportuje swoich produktów do Chin kontynentalnych ani nie ma też żadnej „firmy matki” ani podmiotów zależnych, które by przeprowadzały bądź zlecały testy na zwierzętach. 
AKTUALIZACJA  – L’BIOTICA/BIOVAX WESZŁA W SKŁAD KONCERNU OCEANIC, W ZWIĄZKU Z CZYM NIE SPEŁNIA JUŻ MOICH KRYTERÓW BRAKU POWIĄZAŃ Z TESTAMI NA ZWIERZĘTACH!!!

Lista składników odzwierzęcych, którą dostałam od firmy: 

  • wosk pszczeli
  • mleczko pszczele
  • proteiny mleczne
  • kolagen
  • keratyna
  • lanolina
  • jedwab
  • miód
  • kawior
  • ceramidy
  • śluz ślimaka
Miłego dnia!
Ewa

HIT CZY KIT? PIERRE RENE / MATTE ACTIVE

Bardzo lubię testować drogeryjne podkłady i jestem wyjątkowo
szczęśliwa, gdy okazują się rewelacyjne. Jako że, jednym z moich
ogromnych drogeryjnych ulubieńców jest Skin Balance z Pierre Rene,  musiałam kupić i
sprawdzić nowość tej marki, czyli Matte Active.

Chociaż
moja cera jest mieszana z bardzo dużą tendencją do przetłuszczania się,
rzadko sięgam po typowe podkłady matujące. W przeszłości, jak miałam
kilkanaście lat, takowe masowo testowałam, ale jeśli dobrze sobie
przypominam były za bardzo matowe, nie stapiały się z cerą, trudno się
rozprowadzały, albo nie były wystarczająco trwałe. Bardzo mnie to
zniechęciło, więc unikałam podkładów z „MATT” w nazwie, czego, po
ostatnich testach i nowych doświadczeniach z takimi fluidami trochę
żałuję. Może kiedyś po prostu źle je nakładałam, miały inne formuły albo
używałam nieodpowiedniej pielęgnacji 😉
Zgodnie
z opisem producenta podkład Pierre Rene Matte Active ma formułę
pozwalającą zachować balans – jednocześnie matowi przetłuszczające się
partie cery i nawilża pozostałe części twarzy. Dodatkowo zawarte są w
nim odbijające światło pigmenty, które korygują niedoskonałości oraz
sprawiają, że skóra wygląda naturalnie.

Dla mnie podkład Matte
Active
jest rewelacyjny na co dzień, pewnie dlatego zużyłam już całe
opakowanie. Uważam, że jest to lekki fluid, wcale nie czuję go na mojej
skórze (ale weźcie pod uwagę, że jestem przyzwyczajona do naprawdę
ciężkich podkładów). Nakładany wilgotną gąbką Real Techniques idealnie
stapia się ze skórą, daje średnie krycie i satynowe wykończenie. Bardzo
mi się ten naturalny efekt podoba, ponieważ moja skóra w ostatnim czasie
była w stosunkowo dobrej kondycji i nie potrzebowałam aż takiego
krycia, jakie daje Skin Balance. Oczywiście w ramach testów sprawdziłam
też inne metody aplikacji – pędzel Flat Top oraz dłonie pozwalają na
uzyskanie trochę większego krycia i bardziej matowego efektu, co jest
normalne, ponieważ gąbka „zjada” nadmiar produktu i przez swoją wilgoć
dodaje podkładowi „mokrego” efektu (długo zastanawiałam się, jak nazwać
ten efekt, mokry może nie jest najlepszym słowem, ale chyba najlepiej
odzwierciedla moją myśl. Macie pomysł na inne określenie?). Ten
„bardziej matowy efekt” nie jest matem totalnym, jest dużo bardziej
delikatny i naturalny. 
A jak się utrzymuje? Dla mnie okej,
nawet po całym dniu w pracy wygląda dobrze. Oczywiście się
ściera, szczególnie dlatego, że mam chroniczny katar i tendencje do
opieranie twarzy na ręce podczas pracy przy komputerze, ale ściera się w „ładny” sposób, stopniowo. Matowy efekt w
ciągu dnia oczywiście zanika, bez pudru szybciej, ale nawet po całym
dniu moja cera nie ocieka sebum. Zawsze jednak przypudrowuje twarz,
jeśli używam podkładu bardziej nawilżającego bądź tłustego albo zależy
mi na bardzo długim efekcie matu, na strefę T używam pudrów matujących.
Przy podkładzie Matte Active wystarczy mi utrwalenie makijażu pudrem
Fair z Ben Nye. 

Gama kolorystyczna nie jest bogata – ma teraz jedynie cztery odcienie, ale 01 Champagne jest dla mnie dobry.
Jak widzicie na powyższym zdjęciu, wydaje się on dużo ciemniejszy od koloru 20 Champagne Skin Balance i 010 Light Beige fluidu HD Liquid Coverage od Catrice, to muszę przyznać, że w przeciwieństwie do tamtych, wcale nie ciemnieje na skórze i ładnie się w nią wtapia (zdjęcie odcieni było zrobione zaraz po nałożeniu swatchów na dłoń). Myślałam, że będę musiała go rozjaśniać białym mixerem, nawet kilka razy to zrobiłam, ale tak naprawdę nie było potrzeby. Odcień nie odcinał mojej twarzy od szyi.
Macie podkład Matte Active z Pierre Rene? Co o nim myślicie? 
Dajcie Mi jeszcze znać, który wegański podkład zrecenzować następnym razem 🙂
Miłego dnia!
Ewa

JAK ZACZĄĆ ROBIĆ KOSMETYKI W DOMU? HIGIENA / AKCESORIA / SUROWCE / PRZEPISY

Od lat wychodzę z założenia, że najlepsza maseczka to domowa maseczka. Wszystko zaczęło się od glinki. Kilka lat temu dość nieświadomie kupiłam opakowanie, ponieważ nie doczytałam, że ta maseczka jest w formie proszku, który można dostosować do swoich potrzeb. Więc zaczęłam grzebać i szukać informacji w internecie. Tak zaczęły się moje eksperymenty, które trwają do dziś.
Przez te lata spróbowałam zrobić wiele rzeczy – od toniku, przez krem czy puder, do szamponu i chciałabym się od czasu do czasu dzielić z Wami przepisami, więc wyjaśnienie podstaw jest konieczne. Bo bez problemu możemy kupić naprawdę silne substancje, których nieumiejętne użycie może się źle skończyć.
To zaczynamy 🙂

Najważniejsza jest higiena!

Wszystkie kosmetyki powinny być wykonywane w jak najbardziej sterylnych warunkach. Oczywiście w warunkach domowych nigdy nie osiągniemy laboratoryjnej czystości, ale dążmy do tego 🙂 Nawet niewidoczny gołym okiem brud i bakterie mogą znacząco wpłynąć na jakość, bezpieczeństwo i okres przydatności domowego kosmetyku. Jak zminimalizować ryzyko?
  1. Używaj rękawiczek jednorazowych w czasie przygotowywania kosmetyku. Czasami odruchowo można dotknąć jakiegoś surowca lub „poprawić” coś palcem. Mimo zdezynfekowania dłoni nigdy nie będą one czyste, po jakimś czasie mieszania mogą się nam na przykład spocić lub zabrudzić. Jasne, że w trakcie używania zrobionego kosmetyku będziemy go dotykać dłońmi (chociaż polecam szpatułki), ale mam nadzieję, że będą to świeżo umyte dłonie i gotowy produkt też będzie już zakonserwowany.
  2. Dokładnie umyj i zdezynfekuj wszystkie narzędzia, zlewki, mieszadła itd. które będą miały styczność z robionym kosmetykiem lub surowcami. To samo dotyczy powierzchni, na której będziesz go przygotowywać. Najlepszym wyjściem byłaby sterylizacja tych narzędzi, ale w domowych warunkach jest to raczej niemożliwe, więc zrób to alkoholem 70%. Żadna zwykła wódka, hand sanitizer, ani tym bardziej wrzątek – jedynie alkohol przeznaczony do dezynfekcji. 
  3. Jeśli używasz ponownie opakowań po skończonych kosmetykach – dokładnie je umyj w każdym rowku i zagłębieniu, oraz zdezynfekuj. Ja polecam ponowne wykorzystywanie jedynie opakowań szklanych, które można łatwiej domyć i są trwalsze. Pamiętajcie też, że nie każdy rodzaj plastiku nadaje się do ponownego wykorzystania!
  4. Nowe opakowania też trzeba zdezynfekować 🙂

Jakie akcesoria są przydatne?

Oczywiście niby można mieszać składniki domowych kosmetyków w misce na zupę, łyżką którą jest w domu lub mikserem, którym później będzie robione ciasto. Ale dla mnie nie jest to komfortowe rozwiązanie, bo nie chciałabym jeść w misce, w której wcześniej robiłam maseczkę z kwasem salicylowym. Po prostu odłożyłam sobie kilka kuchennych narzędzi w jedno miejsce i tylko z nich korzystam do mojego DIY. Dodatkowo jest kilka akcesoriów, które mogą bardzo ułatwić przygotowywanie domowych kosmetyków, pozwolić na robienie bardziej skomplikowanych receptur oraz zachować higienę.
  • Rękawiczki jednorazowe
  • Alkohol do dezynfekcji (najlepiej roztwór 70%) 
  • Mała i duża zlewka (ewentualnie mogą być jakieś szklanki lub miseczki, ale zlewki są wygodniejsze, odporne na wysoką temperaturę, kwasy itd)
  • Dokładna waga (nie musi być to profesjonalna waga za kilkaset złotych, ja od lat używam wagi jubilerskiej z dokładnością do 0,01 grama. Kosztuje ona ok. 20 złotych)
  • Miarki do odmierzania objętości płynów i kroplomierz (polecam zestaw miarek z Ikei, mają one zakres od 1 ml do 100 ml i są bardzo wygodne w użyciu. W sklepach internetowych pewnie znajdziecie podobne zestawy)
  • Spieniacz do mleka / mieszadełko (jeśli nie chcecie, aby powstawały bąbelki powietrza zdejmijcie sprężynkę)
  • Bagietki, szpatułki i inne akcesoria do mieszania
  • Lejki (polecam mieć przede wszystkim mini-lejek, który pozwoli na wlanie domowego kosmetyku do butelki z malutkim gwintem)
  • Papierki do pomiaru pH
  • Termometr 
  • Moździerz  
  • Blender (tak naprawdę jest przydatny tylko w przypadku robienia mydeł lub dużych porcji kosmetyków)
  • Opakowania na gotowe produkty (można kupić nowe lub używać opakowań, najlepiej szklanych, po zużytych kosmetykach. Najważniejsze jest ich dokładne umycie we wszystkich zakamarkach i zdezynfekowanie)

Jak dobrać surowce?

Nie chcę w tym wpisie poruszać właściwości poszczególnych półproduktów, zrobię to innym razem, a tutaj postaram się w kilku punktach wypisać najważniejsze informacje dotyczące doboru surowców, ich jakości i terminie ważności.
  • Nie wszystkie surowce dostępne na rynku są nietestowane na zwierzętach! Od roku staram się weryfikować polskie sklepy z półproduktami, aktualną listę etycznych miejsc znajdziecie TUTAJ.
  • Jakość półproduktów może się znacznie różnić w zależności od miejsca zakupu. Ba, czasami nawet w tym samym sklepie kupimy inaczej zachowujące się masło shea. Dzieje się tak dlatego, że są to surowce naturalne i w zależności od miejsca pozyskania, daty zbioru czy sposobu przygotowania do sprzedaży mogą się od siebie różnić. W mojej opinii ważne jest też przechowywanie takich substancji – oleje stojące kilka miesięcy na półce w sklepie, narażone na zmiany temperatur, mocne światło itd nie będą najlepsze. Z drugiej strony w samochodzie kuriera też mogą zostać przegrzane, ale tam nie spędzają kilku miesięcy, a kilka godzin. Ja jednak bardziej ufam surowcom ze sprawdzonych sklepów internetowych.
  • Używanie zwykłej wody z kranu (obojętnie czy przegotowanej czy przefiltrowanej) lub mineralnej/źródlanej nawet do domowych kosmetyków nie jest dobrym pomysłem. Bo nie wiemy co tak naprawdę w tej wodzie jest (w przypadku kranówki) lub ma za dużo właściwości mogących zmienić kosmetyk (np. mineralna). Najlepszym wyjściem jest używanie wody demineralizowanej lub destylowanej. Można ją kupić w każdym markecie lub na stacji benzynowej. 
  • Pamiętajcie o konserwantach jeśli chcecie, żeby produkt z frakcją wodną mógł stać dłużej niż 4-5 dni. Kosmetyk bez konserwantów przechowujcie maksymalnie 5 dni w lodówce!
  • Nie przekraczajcie maksymalnych stężeń poszczególnych składników w domowym kosmetyku. Mimo, że zwykle są naturalne, to wciąż są bardzo silne substancje. Maksymalne stężenie na opakowaniu lub stronie sklepu jest podane ze względów bezpieczeństwa i należy się go trzymać. Ja nawet polecam zaczynanie od minimalnego stężenia wszystkich substancji czynnych – ekstraktów, olejków eterycznych, kwasów itp – ponieważ łatwo mogą podrażnić skórę.
  • Zawsze przeprowadzajcie test uczuleniowy nowo zrobionego kosmetyku!
  • Jeśli robicie kosmetyki z udziałem artykułów spożywczych, np. mleka kokosowego lub banana –  przygotowujcie tylko porcje na jedno użycie. Zakonserwowanie takich produktów może nie być w domowych warunkach możliwe. 
Bardzo ważne jest też to, że kosmetyków wykonywanych w domu i niezarejestrowanych pod żadnym pozorem NIE MOŻNA SPRZEDAWAĆ! Jest to bardzo niebezpieczne i nielegalne. Mam nadzieję, że Wy nie kupujecie żadnych nieprzebadanych kosmetyków od Pań, które dość często umieszczają ogłoszenia na Facebooku. Jest to bardzo niebezpieczne, ponieważ nie wiecie co tak naprawdę znajduje się w takich kosmetykach i nie znacie warunków ich produkcji. Już nawet nie wspomnę o tym, że paragonu też nie dostaniecie, więc nie zostanie odprowadzony z tej sprzedaży podatek.

Gdzie szukać przepisów?

W internecie jest wiele źródeł – od blogów, filmów na Youtube, po strony sklepów z półproduktami. Zanim zaczniecie komponować własne dzieła, polecam sprawdzenie kilkunastu gotowych przepisów. Dzięki temu zobaczycie, co z czym łączyć, w jaki sposób rozpuścić niektóre substancje i w końcu jak je mieszać.

Są też książki i jedną z nich chciałabym Wam dzisiaj polecić. Mówię o Clean Beauty. Przepisy na kosmetyki z lodówki autorstwa Elsie Rutterford i Dominiki Minarovic. 
Zawiera ona wiele bardzo podstawowych porad dla osób początkujących, ale też osoby bardziej zaawansowane w produkcji domowych kosmetyków coś dla siebie znajdą! Bardzo podoba mi się racjonalne podejście autorek i do konserwantów i do filtrów przeciwsłonecznych. Nie mówię, że zawsze się z nimi zgadzam – do mnie na przykład nie przemawia całkowicie mineralna formuła filtra – ale pochwalam to, że na wstępie informują czytelników, iż w warunkach domowych nie da się zrobić stabilnego i poprawnie działającego filtra SPF oraz zachęcają do ich stosowania. 

W książce znajdziemy też tabelki z opisem niektórych surowców. Nie traktowałabym ich jako wiedzy encyklopedycznej i widzę tam trochę nieścisłości więc jeśli macie bardzo wymagającą cerę, zweryfikujcie te informacje teoretyczne w jeszcze innym miejscu. Ja bym niektóre z tych półproduktów opisała inaczej i poleciłabym je dla innego typu cery. Pamiętajcie, że mimo takich opisów i tak każda cera może zareagować w inny sposób na składnik kosmetyku, więc kluczem do sukcesu są testy i sprawdzanie na własnej skórze, co jej służy, a co nie. 

Dobra, konserwanty i filtry to nie wszystko, w książce Clean Beauty najważniejsze są przepisy! Muszę przyznać, że mi się podobają. Nie zrobiłam jeszcze wszystkich, ale genialne nazwy i estetyczne zdjęcia zainspirowały mnie do pogrzebania w moich szufladach z surowcami i kombinowania. W zdecydowanej większości te formulacje są proste, łatwe i szybkie 🙂

Książka nie jest pozycją zawierająca jedynie wegańskie przepisy, ale składniki odzwierzęce w tych formulacjach można bardzo łatwo zastąpić bez uszczerbku na działaniu kosmetyku:
  • wosk pszczeli w zależności od oczekiwanego efektu możesz zastąpić woskami roślinnymi (np. carnauba lub candelilla) albo nawet masłem shea
  • zamiast zwykłego jogurtu i kefiru bez problemu można użyć jogurtu roślinnego lub mleka kokosowego
  • w miejscu mleka zastosuj napój roślinny
  • syrop klonowy albo z agawy bez problemu zastąpią miód 

Nie jest to polska książka, a co za tym idzie, czy są tam egzotyczne składniki, które nie są u nas dostępne? Tak, ale można je policzyć na palcach jednej dłoni. Główną rolę grają surowce łatwo dostępne w zwykłych sklepach z półproduktami lub w sklepie spożywczym.

Czy każdy może próbować robić kosmetyki z tych przepisów? Tak, chociaż bez zakupów surowcowych się nie obejdzie. Mimo tytułu, większości składników nie znajdziemy w lodówce, ale nie zmienia to faktu, że przepisy są bardzo łatwe i każdemu powinny się udać. 
Powiem Wam jednak szczerze, że Clean Beauty. Przepisy z lodówki brakuje mi jednak czegoś bardziej skomplikowanego, na przykład zabawy z emulgatorami. No ale może autorki za jakiś czas napiszą kolejną, bardziej zaawansowaną książkę 🙂
Proszę, dajcie mi znać, czy robicie samodzielnie jakieś kosmetyki i za jakich przepisów korzystacie 🙂 Wolicie książki, blogi czy filmy na Youtube?
Miłego dnia!
Ewa

PS.  Pamiętajcie, że na blogu jest lista nietestowanych na zwierzętach surowców kosmetycznych 🙂 

"http://www.happyrabbitblog.pl/2017/03/nietestowane-na-zwierzetach-oleje-masa.html"

*Wpis powstał we współpracy z Wydawnictwem Buchmann. Opinie w nim wyrażone są moimi opiniami.

WEGAŃSKIE KOSMETYKI DO WŁOSÓW Z ROSSMANNA / SZAMPONY / ODŻYWKI / STYLIZACJA

Cześć! 
Od jutra jest znowu (tak, to już zaczyna się robić nudne) promocja 2+2 gratis w Rossmannie. Tym razem na kosmetyki do pielęgnacji i stylizacji włosów 🙂
Takiej listy na blogu jeszcze nie ma, dodatkowo pojawiły się nowości Isana, więc mam nadzieję, że z niej skorzystacie nie tylko na zakupach w czasie promocji, ale także później 🙂
Lista, zgodnie z głosowaniem na instastory pojawia się dzisiaj. Jeśli chcecie mieć wpływ na wpisy na blogu i być na bieżąco, zapraszam na mojego Instagrama HAPPYRABBIT_VEGAN.
SZAMPONY:
 SUCHE SZAMPONY:
ODŻYWKI/SERUM:
STYLIZACJA WŁOSÓW:
Idziecie w ogóle tym razem na zakupy? Ja może wejdę po szampon i coś z nowości Isany, ale ogromnych zakupów robić nie zamierzam 🙂
Miłego dnia!
Ewa